Wpisy z tagiem moja pisanina

Mapy myśli

Witajcie,
Jak widać życie ma swoje plany, a ja swoje. I trzeba było je zweryfikować. Moje plany rzecz jasna. Uległy one ostatnio opóźnieniu i zniekształceniu. A te życiowe płyną ściśle obraną i do końca nie znaną trasą. Albo je przyjmę, albo spróbuję z nimi walczyć. One i tak nie znikną. Weryfikuję więc wszystko, co zaplanowałam, ustalam priorytety i wybieram to, co dla mnie najważniejsze w danej chwili.

Ostatnio mroźnie u nas, że ho, ho, ho. W sobotę drżałam ze strachu, bo musiałam jechać do szkoły, za to dzieciaki bardzo zadowolone z pogody. Tylko nosy im marzły. Od dzisiaj mamy ferie i niestety siedzimy już w domu. Kolejna choroba nas dopadła.

Wracając do tematu – myśli moje krążą i robi się niemały bałagan. Żeby je uporządkować, wróciłam do map myśli. Jest to strategia uczenia się, którą często proponowano nam w szkole. Miała ona służyć porządkowaniu i zapamiętywaniu nowych wiadomości. Polegała ona na tym, że główne hasło pisało się na środku, a wokół, promieniście rozchodziły się słowa-klucze lub krótsze zdania ozdobione wykresami, obrazkami, wycinankami itp. Hasła połączone były ze sobą strzałkami lub liniami. Strategia ta miała być pomocna, ponieważ nasz mózg pracuje właśnie w sposób promienisty, a nie w sposób linearny.
Niestety w liceum metoda ta na nic mi się zdała, ponieważ wydawało mi się, że w ten sposób tworzy się jeszcze większy bałagan. Za to pozwala uporządkować te myśli, które wcale nie służą do nauki.
I tak ostatnio scharakteryzowałam bloga i jego tematykę:

Dodatkowo pokusiłam się o sprecyzowanie domu, jaki ciągle tworzę. To, o czym marzę, co chciałabym jeszcze zmienić itp. I mam na myśli dom – budynek, chatkę…

Zaletą tego zapisu jest to, że każdy wpisuje to, co dla niego najważniejsze i to autor decyduje o podziale i wyszczególnionych wyrazach. Dlatego przepisując wykresy z zeszytu na komputer, nie wdawałam się w szczegóły, które na nic nikomu się nie zdają. Jeśli chodzi  o dom, chciałabym zrobić jeszcze taką wielką i kolorową makietę – mapę inspiracji, z wklejonymi fragmentami gazet, materiałów itp.

To dziś na tyle.
pozdrawiam

lena

Nowy Rok, nowe szanse

Witajcie w nowym roku,

Ostatni tydzień był dość trudny i obfitował we wszelkie przemyślenia od egzystencjalnych po materialne, ale pewnie u większości z Was objawiał się tym samym. 
Tak to już jest, że koniec roku staje się początkiem nowego i nieznanego. Dlatego,by dać sobie szansę na lepszy start, snujemy marzenia,by te w końcu przeistoczyć w listę planów. I oczywiście na końcu je zrealizować.
Nie będę tu pisać o sposobach planowania,bo dużo tego w sieci, a i w późniejszym czasie wspomnę nieco o tym i owym.
Kończę w tym roku pełne latka,przechodzę do pięknych lat „dzieści” i podwójnie mnie wzięło, żeby nie napisać potrójnie. Nie żebym przeżywała, ale co nie co do mnie zaczyna docierać. Dopiero na tym etapie mam zamiar poznać bliżej samą siebie. Późno, co nie? Ale jak to się mówi,lepiej późno niż wcale.
Drzemie we mnie ciągle mała dziewczynka, której wcale nie chcę się pozbyć. Mój mąż powtarza mi do znudzenia, że żyję w świecie filmów, książek, a nawet bajek. A potem rozczarowuję się rzeczywistością.
W styczniu zagłębię się w lektury, może to za duże słowo, w pozycje książkowe, dzięki którym młoda kobieta powinna odnaleźć siebie… Właśnie, ale czy dzięki tym książkom można to osiągnąć? Nie chcę tu wyprzedzać faktów. Zobaczymy. Podchodzę do tego lekko z dystansem. Nigdy nie lubiłam poradników. A mimo to pierwszy zakupiłam niecałe 10 lat temu.
A co, „świeżynka”, młoda żona powinna chyba mieć swój podręcznik „Perfekcyjnej pani domu”:-) Tak przedstawia się styczeń. Jeśli komuś się nie podoba, to ominie Chatkę Leny w tym miesiącu:-) Nie obrażę się, ale chciałabym właśnie tutaj zapisać swoje przemyślenia. Ot i co.

I najważniejsze Pani Zima do nas przyszła. Tak było w święta:

A tak od kilku dni:




Stefek też nas odwiedził


Czekamy teraz na jego żonkę Malinkę

A ja sobie wczoraj odpoczywałam:


do zobaczenia
lena

P.S. A do Was regularnie będę zaglądać od jutra. Dziś ostatni dzień męża w domku.

Świąteczny czas

Witajcie serdecznie,
Pogoda wcale nam nie przypomina o zbliżających się świętach, wręcz przeciwnie. Dzisiaj słońce przygrzewało, jakby za moment rośliny miały się wybudzić ze snu zimowego, do którego nawet nie zdążyły się tak naprawdę przygotować. Jeszcze chwila i pójdziemy z koszyczkami do kościoła…  Zgadza się, to nie ten czas. Zatem wśród wiosennych promyków słońca i delikatnego wietrzyku przygotowujemy się do Bożego Narodzenia.
Moja lista w tym roku wcale się nie sprawdza, ale nic to. Powoli nadrabiam zaległości. Tymczasem zajmuje mnie ostatnio jedno i wcale to nie jest szydełko.
A kiedy robię sobie przerwę w nauce, chwytam za aparat lub szydełko.
Nawet mam specjalne miejsce:
Poszewki na poduszki i koc kupiłam niedawno w markecie z robaczkiem w logo.
Jeszcze tylko niedzielny zjazd i wolne do następnego roku, czyli do 10 stycznia:)
Ale i do nas zawitała aura świąteczna. Jak to się dzieje, że mimo codziennych problemów można uszczknąć kawałeczek z dnia, by przyozdobić dom na święta, upiec pierniki czy zaśpiewać kolędy. Zwieńczeniem tych radosnych chwil jest uśmiech dziecka.
We wtorek ubraliśmy choinkę. Nie trzymamy się tradycji. To taki nasz dzień choinki. Ubieramy ją wspólnie i później długo cieszy nasze oczy. Wieczorami włączamy lampki i tak sobie siedzimy.

Córka sama sobie zrobiła zdjęcie przy światełkach:)
I tym przyjaznym blaskiem dzielę się z Wami
pozdrawiam
lena

Jesienne liście – powrót

Witajcie serdecznie,
Od mojego wpisu minęło prawie pół roku. Jakoś tak się zatrzymałam w połowie drogi i popadłam w stan hibernacji. Latem. Tak, właśnie latem.

Na początku roku, podobnie jak większość, założyłam sobie listę celów, które chciałabym zrealizować. Jeszcze wcześnie na podsumowanie, ale fakt, że zapisałam czarno na białym, o czym marzę, czego chciałabym dokonać, spowodowało, że poszczególne punkty zaczęłam realizować. Zdaję sobie sprawę, że wszystkiego nie zdołam zrobić, ale traktuję tę listę jako plan długoterminowy (nie muszę chyba pisać, co jest ograniczeniem).
Co do punktów się spełniających, to między innymi rozpoczęłam dalsze kształcenie.
Przede mną pierwsze egzaminy i jestem zadowolona, a powinnam raczej być zestresowana. Widocznie brakowało mi tego. Poza tym przeglądnęłam kilka nowych blogów oraz kilka już przeze mnie wcześniej podczytywanych o celebrowaniu dnia codziennego, co skłoniło mnie do zapisania kilku słów.
To prawda, że życie nam ucieka między palcami, jeśli choć na chwilkę się nie zatrzymamy. Nie myślę tu tylko o pstryknięciu zdjęcia do następnego posta. Co więcej nie przeżyję dobrze życia, jeśli nie będzie one moje, tzn. jeśli będzie udawane, pozorowane na czyjeś. Wmawia się uczennicom, że naśladują modelki i skrajnie się wychudzają, gdy tymczasem dorosłe kobiety próbują nadgonić idealne panie domu, celebrytki, aktorki czy autorki blogów, które przedstawiają idealne życie. A czytelniczka nie bierze pod uwagę, że to są tylko migawki z ich życia. To fragment, zatrzymany lub nawet kreowany, by pasował do wizji, tematyki bloga. Poza tymi fragmentami istnieje ten sam, czasami smutny, czasami weselszy spektakl dnia. Co nie znaczy, że to wszystko jest złe.
Jest przecież różnica między inspiracją, a chęcią zawładnięcia cudzym życiem. Ważne by w tym wszystkim zachować siebie. Mogę coś skopiować, mogę  podpatrzeć, ale nigdy nie będę tamtą osobą, bo jestem jedyna w swoim rodzaju. I to ode mnie zależy mój świat i jak go przeżyję, nie kreowany, ale mój własny. I jeśli nie polubię siebie, nie polubi mnie otoczenie, więc chyba warto zaznajomić się z własną „ja”.

Z takimi przemyśleniami wracam (mam nadzieję, że na dłużej) do świata blogowego. I nie ukrywam, że stęskniłam się za Wami.  Nie wiem, czy uda mi się nadrobić zaległości, ale postaram się.

pozdrowionka
lena

A jednak mam fioletowe krokusy:)

Witajcie,

Niedawno pisałam na blogu Ankhi, że nie mam fioletowych krokusów. Wychodzimy z Jagodą na ogród, a pod świerkiem…

Dlaczego tam, a nie przed domem? Nie pamiętam. Bo to w przedogródku sadziłam fioletowe krokusy, a nie żółte.

Wczoraj też zaliczyliśmy z synem pierwszą wycieczkę rowerową. Nie powiem, co mnie boli, ale moje dzieci mają od tych spacerów dwa razy więcej energii. W moim przypadku za dużo przesiadywało się w fotelu z szydełkiem, kocykiem… Pora rozruszać kości.

A to widok z ogródka, taka nasza prywatna Dolina Pięciu Stawów:)

Szkoda tylko, że ostatnio bardzo ingeruje w nią ludzka ręka.

I na koniec:

Tak, to ja i moje bolące … nogi:)

serdecznie pozdrawiam
lena

Zapraszam na candy. Zapisy do 25 marca.

Budzimy się, czy nie za wcześnie?

Witajcie,

Choć serce krzyczy, że już pora, że to wiosna idzie, to jednak rozum wstrzymuje przed zbyt wczesną euforią. Jakby nie patrzeć mam dosyć zimy, której w tym roku na dobrą sprawę nie było. Mam dosyć tej pory roku, która tylko udawała zimę.  
Dzień coraz dłuższy, słońce od kilku dni przygrzewa i rośliny zaczynają się budzić. Na blogach robi się wiosennie, a niektóre z Was prezentują już dekoracje wielkanocne. Czy to już naprawdę koniec zimy?
Krokusy w pączkach, tulipany wyrastają z ziemi, piwonia też, a na wierzbie mamy już „kotki”. W zeszłym roku posadziłam lilaki i się przyjęły, jestem bardzo zadowolona. I podobnie jak Wy mam już rozplanowane prace ogrodowe i mogę ruszać w teren:) Sąsiad już „obrobił” truskawki. My się jednak wstrzymujemy. Mimo wszystko nic jeszcze nie ruszamy. Tylko obserwujemy i zacieramy ręce.
A w sobotę, jeśli pogoda pozwoli dziadek obiecał nam (no dobra, obiecał wnukom) wyprawę do lasu. Cieszę się razem z nimi. 

Jakoś trudno nam się rozstać z reniferem. Z zimą to od razu, ale z takim zwierzakiem? Może jeszcze u nas zostanie.

 Ptaki wiją gniazda, przynajmniej u nas w domu

 i robi się coraz bardziej zielono:)

A syn to marzy już  takiej pogodzie:)
I zrobiłam sobie prezent na szydełku, ale to w następnym poście.
żegnam Was w wiosennym nastroju
lena