Kategoria podróże

Gościem być w Domu Uphagena…

Przechodząc przez Złotą Bramę w Gdańsku jednocześnie przemierzamy niewidoczną granicę i znajdujemy się w miejscu, w którym czas się zatrzymał. Jednak mijane  współczesne sklepy i nowoczesne restauracje przypominają nam, że tak nie jest. Pozostając w klimacie poprzednich epok kierujemy się do Domu Uphagena.

Johann Uphagen urodził się w 1731 r. Pochodził z zamożnej rodziny. Był wykształconym przedstawicielem gdańskiej rodziny kupieckiej. Sprawował urząd rajcy miejskiego. Ponadto interesował się historią i sztuką.

W 1775 r. kupił kamienicę i przez 12 lat ją remontował oraz dostosowywał do swoich potrzeb.

Niczym bogaty mieszczanin…

Dziś w kamienicy Johanna Uphagena oglądać można pomieszczenia mieszkalne i gospodarcze. Żeby jednak tam wejść, trzeba otworzyć ogromne zdobione zielonym ornamentem drzwi. W sieni znajduje się posadzka wyłożona kamiennymi płytami, a na ścianach wzrok przykuwają sztukaterie.

Do saloniku na antresoli wchodzimy po ogromnych drewnianych schodach trzymając się zdobionej balustrady. Salonik ten wyłożony jest drewnianą boazerią ze scenami o tematyce chińskiej  – modnej w tamtym okresie.

 

Na pierwszym piętrze wchodzimy do  salonu reprezentacyjnego. Mimo że tutaj również dominuje kolor czerwony, to sceny na boazerii nawiązują do tematyki antycznej. W narożniku znajduje się oryginalny piec kaflowy. W tym pomieszczeniu najprawdopodobniej słuchano muzyki, przyjmowano gości oraz rozmawiano o sztuce i literaturze…

Następnie przeszliśmy do jadalni dla gości. Tutaj ściany są wyściełane adamaszkową tkaniną. Choć ten pokój miał za zadanie przyjmowanie gości i pełnił funkcję reprezentacyjną, to jednak bardziej przypadła nam do gustu mała jadalnia, w której stołowała się rodzina. Oryginale meble, przepiękny kredens, zegar z kurantem, biały kaflowy piec ze zdobieniami i fenomenalna tapeta w roślinne wzory stanowią przytulną i spójną całość.

 

W oficynie bocznej przechodzimy przez 3 saloniki. Każdy z nich przygotowany jest według określonej tematyki królującej na ścianach i ozdobach. Tak więc pojawiają się: owady, kwiaty i ptaki.

Później schodami schodzimy do części mniej reprezentacyjnej, w której znajduje się m.in. kuchnia. Pomieszczenie to jest miejscem przechodnim. Na środku znajduje się ceglany piec z rusztami. Na półkach porozkładane są naczynia, jakby za chwilę gospodyni miała je zabrać i przygotować potrawy. Dalej znajduje się spiżarnia.

Johann nie miał dzieci, dom jednak pozostał w rękach rodziny. Zmarł w 1802 r.

W 1911 r. utworzono tu muzeum. Kamienica spłonęła w marcu 1945 r. Została odtworzona w latach 1993-1998  i udostępniona dla zwiedzających.

Podsumowując to była cudowna podróż w przeszłość.

 

lena

 

 

 

 

Ratusz Głównego Miasta Gdańsk – co w sobie kryje?

To był ostatni dzień naszego pobytu w Gdańsku. Jedyny, w którym otwarte były muzea i miejsca opowiadające o historii tego miasta. To był również ostatni moment przed odjazdem pociągu, by na chwilę zajrzeć do miejsc, które powoli odkrywał przed nami Gdańsk.

Parokrotnie przechodziliśmy obok ratusza. Podziwialiśmy monumentalną wieżę i zegar na niej umieszczony. Patrzyliśmy na imponujące wejście i ogromny herb znajdujący się nad nim. Później dowiedzieliśmy się, że jeden lew spogląda w stronę Złotej Bramy, ponieważ według legendy stamtąd właśnie miał nadejść polski król.

 

Mniejsze drzwi zakończone łukiem zapewne zrobione były dla skrzatów albo małych lewków wyrastających w najmniej oczekiwanych miejscach miasta. To już teza, w której utwierdziła mnie moja córka:)

Niemniej jednak do muzeum weszliśmy za namową mojego męża. I dziękuję mu za to.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od sieni-korytarza, w której znajdują się bogato zdobione schody. Naprawdę robią wrażenie.

W Sali Czerwonej (letniej) uwagę naszą przykuł ogromny piec oraz plafony umieszczone na suficie, a wśród nich „Apoteoza Gdańska” Isaaka van den Blocka z 1608 r. Miasto miało spajać cały kraj od gór, w których wypływa Wisła, aż po samo morze, w którym ma swoje ujście. Gdańsk wydawał się jedynym miejscem wybranym przez Opatrzność. Na obrazie nie zabrakło ważnych miejsc i zabytków nie tylko wybranego miasta znajdującego się na górze łuku, ale także całej Polski.

Zadzieraliśmy głowy do góry i wpatrywaliśmy się w każdy szczegół. Jak wiele zależy od mówiącego…

W jednej z kolejnych sal znajdowała się wystawa sreber z herbami i symbolami miasta. Również zaimponował nas ten zbiór, jednakże największe wrażenie wywarła na nas wystawa poświęcona Wolnemu Miastu Gdańsk.

 

 

Stanowi ona obrazki z życia codziennego. W tematykę wprowadza wystawa przedstawiająca ulicę ówczesnego miasta, a następnie przeszliśmy do zrekonstruowanych pomieszczeń, wśród których znalazł się: salon, kuchnia, biuro, łazienka, spiżarnia oraz sklepy: spożywczy, apteka, pijalnia piwa z ściśle ustalonymi zasadami picia piwa oraz  zakład krawiecki.

Pozytywnie zaskoczeni, wracaliśmy do pociągu opowiadając o zwiedzonych miejscach.

 

lena

Karpacz: Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska, Muzeum Sentymentów i Miejskie Muzeum Zabawek

Są miejsca, do których chce się wracać, przy wymawianiu nazwy których robi się ciepło na sercu. I choć pozornie wydawać się może, że nic tam nie ma, to dla nas zawsze będzie wyjątkowe. Jednym z takich miejsc, do których chętnie wracam jest Karpacz. Nie tylko z uwagi na samo miasto, ale przede wszystkim na okolice. Uwielbiam budzić się rano i spoglądać na Śnieżkę. Ten widok z okna jest niesamowity, ale nie tylko ze względu na nią tu przyjeżdżam. W dzisiejszej odsłonie przedstawiam trio: Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska, Muzeum Sentymentów i Miejskie Muzeum Zabawek.

Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska

Swoją przygodę związaną z Karpaczem rozpoczęliśmy kilka lat temu właśnie od Parku Miniatur Zabytków Dolnego Śląska. Park powstał w 2003 r. i mieści w sobie najważniejsze i najciekawsze budowle tego regionu w skali 1:25. Największe wrażenie zrobiła na nas Śnieżka i Zamek Chojnik oraz Zamek Książ (do którego zresztą pojechaliśmy). Pani Kasia – nasz przewodnik oprowadzała nas po tych wszystkich zabytkach, a my z zainteresowaniem jej słuchaliśmy. Wisienką na torcie był sklep z  ceramiką z Bolesławca, z którego przywiozłam pamiątkę.

Więcej informacji znajdziecie na stronie Parku Miniatur Zabytków Dolnego Śląska

 

 

Muzeum Sentymentów w Kowarach

Z kolei naszym zeszłorocznym odkryciem jest Muzeum Sentymentów w Kowarach. Obejmuje on eksponaty z czasów PRL. Choć w czerwcu minął zaledwie rok od jego powstania, my byliśmy już tam 2 razy. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że warto było tu wrócić. Jest to specyficzne miejsce, gdzie przeszłość dopiero zaczyna być historią. To miejsce, w którym w tym samym czasie mogą się spotkać różne pokolenia. Dla jednych to codzienność tamtych lat, dla innych całe dzieciństwo, a dla najmłodszych to „prehistoria”. To miejsce, w którym dziadkowie mogą być przewodnikami po zakamarkach tego muzeum. Co więcej, każdy eksponat można dotknąć i obejrzeć. Za każdym razem znajdzie się coś nowego.

Więcej informacji znajdziecie na stronie Muzeum Sentymentów

Można również zajrzeć na funpage Muzeum Sentymentów

 

 

Miejskie Muzeum Zabawek

Kolejnym muzeum, które zwiedziliśmy było Miejskie Muzeum Zabawek w Karpaczu. Powstało ono z prywatnej kolekcji zabawek Henryka Tomaszewskiego, założyciela Teatru Pantomimy we Wrocławiu. Mogliśmy swobodnie spacerować między gablotami i czytać historie poszczególnych eksponatów. Wiadomo, dzieciaki nie zawsze były zainteresowane szczegółami dotyczącymi powstania zabawek.

Przemiły pan sprawdzał później, czy dokładnie wszystko obejrzeliśmy. Dzieciaki szukały m.in. miniaturowej czekoladki na jednym z małych ławek szkolnych. Oczywiście na zwycięzcę czekała nagroda. W zeszłym roku na piętrze muzeum była wystawa poświęcona Star Wars z klocków lego, tutaj naszym przewodnikiem był syn.  To miejsce nie tylko dla dzieci. Największe wrażenie zrobiły na mnie oczywiście mebelki i domki dla lalek 🙂

Więcej na stronie Miejskiego Muzeum Zabawek

Właśnie te czekoladki powyżej szukaliśmy w gablotach z zabawkami.

Miejsca te, choć różnią się eksponatami, obejmują odrębną tematykę, to jednak mają jedną cechę wspólną – znajdują się w nich ludzie, którzy swoją otwartością i gościnnością przyciągają dorosłych jak i dzieci.  Potrafią opowiadać o swojej pracy w taki sposób, że chce się ich słuchać bez względu na to, czy się jest już dorosłym, czy nadal dzieckiem. Zapamiętamy te miejsca na pewno.

Dziś wyszedł troszkę długi tekst ze zdjęciami, ale chciałam podzielić się tymi wspomnieniami z Wami. Dziękuję za cierpliwość 😉

 

lena

Nocka pod namiotem i co było potem?

Wakacje na łonie natury, nocowanie pod namiotem – nie można się tego doczekać. Gwiazdy, kąpiele nad jeziorem, ognisko to tylko przedsmak letniej przygody. Tak to wygląda z perspektywy dziecka. Świat z perspektywy rodzica jest nieco inny. Wakacje pod namiotem mogą stać się przygodą, ale trzeba spojrzeć na nie nieco inaczej.

Kiedy jadę z rodzicami, jako dziecko, na takie wakacje, to korzystam z uroków przyrody, biegam „ścieżką zdrowia” wymyśloną przez tatę, leżę na łące i oglądam gwiazdy o północy, uważając jednocześnie na krowie placki. Ziemniaki czy kiełbasa z ogniska smakują najlepiej. O nic się nie martwię. Jedynie krzyczę, kiedy pająk chodzi mi po plecach.

Maki na polu
Rosa o poranku na łące.

Kiedy jestem rodzicem, mam 1001 wątpliwości. I w końcu się decyduję, ale tylko na 2 noce. I trochę czasu mija, zanim zaczynam inaczej spoglądać na wszystko, co jest wokół mnie.

Wtedy nawet deszczowa nocka ma swój urok, a mój pies wie, że ma w tym momencie nie wychodzić na dwór. Pływanie pontonem, gra w piłkę, przyglądanie się nietoperzom, kiełbaski o północy z ogniska, chodzenie po wodzie w kaloszach i bez nich czy oglądanie gwiazd… Okazuje się, że wszystko jest takie samo jak kiedyś. I kiedy pierwszy raz w życiu widzę spadającą gwiazdę, po prostu się uśmiecham do siebie. Tylko na pająki reaguję tak samo.

Ale co było potem? Zaplanowany kolejny wyjazd w przyszłe wakacje.

lena